Liryka znad morza

 „Mój cyfrowy aparat zapisuje

gryzący ogień palących się traw

i naturalnej wielkości życie.”

                                     

Na nadmorskich kiermaszach zawsze szukam książek, które dają wytchnienie i zajmują myśli. Najczęściej są to powieści obyczajowe, ale równie często wracam z tomikiem poezji. Ten ze zdjęcia, to "Drzazga" Ewy Lipskiej (Wydawnictwo Literackie, 2006).

Jest w tych wierszach smutek, który dobrze znam. Wraca do mnie za każdym razem, gdy patrzę na morze. Nie boli. Jest oswojony, łagodny, niemal kojący. Przynosi ciszę. Fale wypłukują z mojej głowy wszystko, co zbędne, a w zamian zostawiają równowagę. Zmywają z ciała cienką warstwę lęku i niepewności, przypominając, że można po prostu być.

"Drzazga" jest o przemijaniu, rozstaniach i śmierci, ale przede wszystkim o życiu oglądanym z niezwykłą czułością. W poezji Lipskiej nawet to, co kruche i nieuchronne, nie odbiera nadziei. Przeciwnie, uczy patrzeć uważniej, zatrzymywać się przy chwilach, które zwykle umykają.

Nad morzem moje ciało chłonie poezję jak moja ułomna tarczyca jod. Jakbym tutaj była zdolna do większej koncentracji i silniejszych emocji. Na jednym ze straganów zobaczyłam puszkę. W środku nie było konserwy rybnej tylko, jak głosiła etykieta - „powietrze znad morza”. Kupiłam ją z uśmiechem, składając hołd własnej naiwności. Chciałam uwierzyć, że odrobina tego szumu i spokoju zostanie ze mną.

Z poezją jest podobnie. Nie zatrzymuje morza ani czasu. Pozwala jednak zamknąć w kilku wersach coś, co wydawało się nieuchwytne. Dlatego tak bardzo porusza mnie zdanie Ewy Lipskiej: „warto umrzeć dla takiego wiersza, któremu niedowierza śmierć”. Są przecież wiersze, które żyją dłużej od naszych lęków. I są miejsca, przy których czyta się je najlepiej. Dla mnie od zawsze jest to brzeg morza.