Sztuka rodzi się z pęknięć
"Mój smutek znalazł ekspresję w sztuce, dlatego został uznany za znaczący. Nie był rzewny, tylko kojąco obecny, godny i skomplikowany, tkwił w moich obrazach niczym wyrafinowany podkład dźwiękowy"
Są pisarze, którzy potrafią opowiedzieć historię. I są tacy, którzy potrafią opisać ludzki stan. Therese Bohman należy do tej drugiej grupy. Wracam do jej książek nie dla fabuły, ale dla sposobu, w jaki z niezwykłą precyzją odsłania to, co dzieje się w psychice człowieka. Pisze o emocjach oszczędnie, bez patosu i psychologicznych uproszczeń. Właśnie dlatego jej proza jest tak poruszająca.
"Góra Prawdy" pozornie opowiada o zaginięciu. W noc wielkanocną Erik, ukochany brat Hanny, wychodzi z kolegami na tytułową Górę Prawdy i już nigdy nie wraca. Jednak bardzo szybko okazuje się, że nie jest to powieść o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „co się wydarzyło?”. To książka o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy odpowiedzi nie ma, a właściwie o tym, kiedy życie zmusza go do tego, by nauczył się żyć bez niej.
Najbardziej porusza mnie to, jak Bohman pokazuje naturę straty. Nie jako jednorazowe wydarzenie, ale proces, który powoli przenika całe życie. Świat nie zatrzymuje się po tragedii. Nastaje kolejny poranek, dziecko dorasta, pory roku następują po sobie. To właśnie ta obojętność świata wobec naszego cierpienia jest jedną z najbardziej bolesnych prawd o żałobie.
Hanna nie pozostaje jedynie siostrą zaginionego chłopaka. Staje się artystką. Tworzy obrazy, które przynoszą jej uznanie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ich źródłem jest coś więcej niż talent. Są próbą nadania formy temu, czego nie da się wypowiedzieć. Smutek Hanny ma swoje odbicie w jej malarstwie. Czy cierpienie staje się dla innych wartościowe dopiero wtedy, gdy zostanie estetycznie przetworzone? Czy potrafimy dostrzec ból tylko wtedy, gdy przybiera piękną formę?
Psychologicznie jest to niezwykle ciekawy portret. Hanna nie wydaje się uwięziona wyłącznie w tęsknocie za bratem. Mam wrażenie, że opłakuje również utraconą wersję samej siebie. Dziewczynę sprzed tamtej nocy. Kogoś, kto jeszcze nie wiedział, że jedno wydarzenie może podzielić życie na „przed” i „po”. Strata nie odebrała jej jedynie Erika. Odebrała poczucie ciągłości własnej biografii.
Bohman subtelnie pokazuje też mechanizm wyparcia. Przez większość powieści prawda o zaginięciu nie wydaje się najważniejsza ani rodzinie, ani samej Hannie. Z perspektywy psychologicznej to niezwykle wiarygodne. Czasem niewiedza jest łatwiejsza do uniesienia niż odpowiedź, która zmusza do przebudowania całej historii, jaką opowiadamy sobie o świecie i o ludziach, których kochamy. Dopiero pod koniec powieści, bohaterka dopuszcza do siebie możliwość rozwiązania, które przez lata było zbyt bolesne, by mogło zostać pomyślane.
Najbardziej fascynuje mnie jednak pytanie, które Bohman pozostawia bez odpowiedzi. Czy gdyby Erik nie zaginął, Hanna byłaby tą samą osobą? Intuicyjnie chcielibyśmy powiedzieć, że tak. Ale przecież nasze największe straty nie tylko nas ranią, one nas współtworzą. Kształtują sposób, w jaki kochamy, tworzymy, pamiętamy i patrzymy na siebie. To nie znaczy, że cierpienie uszlachetnia. Raczej, że nie da się go oddzielić od człowieka, którym z czasem się stajemy.
Jest w prozie Bohman ta charakterystyczna dla niej melancholia i przekonanie, że piękno nie powstaje mimo naszych ran, ale często właśnie przez nie. Co ważne, mówi o tym, że twórczość bywa sposobem nadania kształtu temu, co w nas pękło.
