Legendarna Babetta...
"Mam wrażenie, że jestem dwiema osobami naraz. Że mam w sobie dwa spojrzenia. Jestem sobą i patrzę na siebie, ubrana w sukienkę z tego filmu, a jednocześnie jestem tą, którą gra w sukience i patrzy na wpatrujących się w nią widzów. Taka wieczna pętla, jak w labiryncie luster, odbijających się w sobie w nieskończoność"
Na zakończenie lata oddaję w Wasze ręce moją opinię o pewnej skandynawskiej powieści. Polecam Wam "Babettę", która napisała Nina Wähä.
„Babetta” to eteryczna, kobieca proza. Opowieść zmysłowa, pełna erotyzmu. Jest historią o przyjaźni, pożądaniu, zazdrości i potrzebie życia, ale również o przemijaniu, o władzy, pieniądzach i o tym, jak bardzo potrafimy być zależni od spojrzenia innych.
Lou jest aktorką, gwiazdą kina. Świat ją kocha, od zawsze zachwyca się jej urodą, talentem, obecnością. Katja jest przy niej, wierna i oddana, gotowa wspierać ją bezgranicznie. Ich przyjacielska relacja ma swoje jasno określone zasady, ale lato spędzone we Francji sprawia, że granice zaczynają się przesuwać.
Lou zaprasza Katję do posiadłości swojego partnera we Francji. Miał to być po prostu urlop, czas leniwego odpoczynku. Tymczasem upalne lato przynosi ze sobą znacznie więcej. Zapewnia emocje, napięcia, pragnienia i sytuacje, które zmieniają sposób, w jaki bohaterki patrzą na siebie i na otaczający je świat.
Jednym z ciekawszych wątków jest dla mnie postać partnera Lou, dojrzałego mężczyzny, właściciela posiadłości, któremu Lou wiele zawdzięcza.
Autorka początkowo przedstawia go jako amanta w dojrzałym wieku. Mężczyznę, który wciąż posiada magnetyzm, pozycję i siłę. Kogoś, kto wydaje się należeć do świata, w którym pieniądze, wpływy i doświadczenie dają poczucie bezpieczeństwa oraz przewagi.
A później, bez zdradzania Wam okoliczności, ten obraz zaczyna się rozpadać. Nagle widzimy człowieka starszego, bardziej nieporadnego, pozbawionego wcześniejszej pewności siebie. I właśnie ta zmiana wydała mi się niezwykle poruszająca. Bo przemijanie nie oszczędza nikogo. Nawet tych, którzy przez całe życie wydawali się silni, atrakcyjni, wpływowi i niemal nietykalni.
W „Babettcie” szczególnie interesujące jest to, że mężczyźni są pokazani jako ci, którzy w sferze biznesu i kariery wciąż mają decydujący głos. To oni posiadają władzę, podejmują decyzje, otwierają i zamykają drzwi. Kobiety, nawet jeśli są zdolne i ambitne, często funkcjonują w przestrzeni, w której zasady ustalili mężczyźni.
Ale autorka nie daje mężczyznom nieśmiertelności, którą pozornie daje im władza. Ich również dosięga czas. Ich ciała również się zmieniają. Ich atrakcyjność, sprawność i pewność siebie nie są dane raz na zawsze. W pewnym momencie nawet człowiek, który przez lata był tym decyzyjnym i silnym, może stać się zależny od innych.
To chyba właśnie ten kontrast najbardziej został ze mną po lekturze. Z jednej strony świat, w którym władza nadal bardzo często należy do mężczyzn. Z drugiej świadomość, że wobec czasu wszyscy jesteśmy bezradni.
„Babetta” opowiada więc także o przemijaniu piękna i ludzkiego ciała. O tym, że młodość jest krucha. I nie dotyczy to wyłącznie kobiet. Starzenie się jest doświadczeniem uniwersalnym, choć kobiece ciało niewątpliwie poddawane jest znacznie bardziej bezlitosnej ocenie.
Może dlatego ta książka jest czymś więcej niż zmysłową historią rozgrywającą się podczas gorącego lata we Francji.
Pod powierzchnią erotyzmu, piękna i wakacyjnej atmosfery kryje się opowieść o czasie. O tym, że wszystko, co dziś wydaje się trwałe, czyli młodość, uroda, pozycja, pewnego dnia zaczyna się zmieniać.
„Babetta” pozwoliła mi poczuć klimat upalnego lata właśnie wtedy, gdy nasza kapryśna polska pogoda przynosiła deszcz i wiatr. I chyba właśnie dlatego tak dobrze było przenieść się na chwilę do rozgrzanej Francji.
Cóż... Lato, podobnie jak młodość, nigdy nie trwa wiecznie.
